Szkolenia, treningi, spotkania motywacyjne.

Dookoła sami trenerzy umysłów, każdy chce (i właściwie może) być coachem. Na Facebooku czy Instagramie motywacja, inspiracja. Bądź sobą! Możesz wszystko! Chcieć, to móc! Nie czekaj, spełniaj swoje marzenia już dziś.

Fajnie. Fajnie, że tak bardzo chcemy wierzyć w siebie. Poza tym, że to ostatnio baaaaardzo dochodowy interes, to fajnie, że są ludzie, którzy chcą nas przekonywać do naszej świetności, przyczyniają się do zwiększenia naszego poczucia wartości, do większej wiary w swoje możliwości.

Ale, ale… jak zwykle, kiedy panuje na coś moda, zaczyna się przesada.  Nagle w księgarni znaleźć można więcej poradników z cyklu „Jak żyć?”, niż literatury pięknej (która swoją nazwę czemuś przecież zawdzięcza). Nagle co drugie wydarzenie na Facebooku, to spotkanie motywacyjne. Hola! Ludzie! Czy naprawdę aż tak bardzo sami nie potrafimy ogarnąć się w swoim życiu, że potrzebujemy ludzi, książek, filmów, zdjęć, które nam powiedzą jak żyć? Jak znaleźć czy osiągnąć szczęście? Czy aż tak wielu z nas ma tak słabą osobowość, że potrzebna jest osoba, która będzie nam wmawiać „jesteś super!”, bo sami o tym nie wiemy..? (a to temat na osobny wpis)

JA

Przyznaję, że sama uległam tej nieco złudnej, fałszywej pogoni za szczęściem. I zaczęłam mieć problem sama ze sobą. Z jednej strony czytając „Potęgę podświadomości” (którą generalnie wszystkim bardzo polecam KLIK) widziałam w niej sporo prawdy, z drugiej jednak zaczęłam odczuwać pewnego rodzaju stres, kiedy dopadały mnie jakieś złe myśli. A wiedząc, że nie mogę myśleć o złych rzeczach, myślałam o nich jeszcze więcej. Zawsze tak jest. „Tylko nie pomyśl o torcie z bitą śmietaną i owocami”. O czym pomyślałeś?

Zaczęłam na każdym kroku analizować swoje życie, wizualizować przyszłość jaką chciałabym mieć i wpadłam w jakąś taką mini depresję, ciągle nawracającego doła. Że to co widzę w głowie się nie dzieje, że jestem oddalona od tej wymarzonej przyszłości o lata świetlne. Aż pewnego dnia, powiedziałam sobie STOP.

Kiedyś, całkiem sporo lat temu, zamiast zrobić sobie listę postanowień noworocznych, stwierdziłam, tak prosto i zwyczajnie „chcę być szczęśliwa”. I już.

Nie: schudnę 10 kilo, nauczę się norweskiego, będę miała średnią 5,5 w szkole itp itd. Po prostu mam być szczęśliwa. Tylko tyle i aż tyle. I przez parę dobrych lat dzielnie się tej swojej maksymy trzymałam. Wiadomo, były wzloty i upadki. Ale działało to mniej więcej na takiej zasadzie: mam ochotę coś zrobić, zastanawiam się czy mogę sobie na to pozwolić ze względu na różne kwestie (czas, finanse, inne zobowiązania) i jeśli nić ważniejszego z tym nie kolidowało, to po prostu to robiłam. Kiedy wymyśliłam sobie, że czegoś chcę, to pojawiała się chwila zastanowienia czy mogę, czy warto, jak bardzo tego chcę, a potem OD RAZU przystępowałam do działania. Konkretnie i bez zbędnego zastanawiania się, analizowania, wizualizowania efektu końcowego. Życie jest tak przewrotne, że ciężko jest wyobrazić sobie przyszłość, która ma się spełnić. Działałam TU i TERAZ, niczego nie odkładałam na potem, głowę miałam zajętą tym co robiłam w danej chwili i… byłam szczęśliwa. Ale zapomniałam o tym.

Coś poszło nie tak

Im więcej zaczęłam analizować pytanie „czy jestem szczęśliwa?”, które atakuje nas z każdej strony, tym bardziej zaczęłam zdawać sobie sprawę, że ło jezu! Nie mam domu z ogrodem, wypasionego auta, pracy, która daje mi spełnienie, szczęście i „w ch** hajsu”, nie byłam w Azji ani w Ameryce, nie znam kilku języków obcych ani nie potrafię wykonać podwójnego salta. Ło jezu! To ja właściwie nic nie wiem, nic nie mam, nic nie umiem. Moi rówieśnicy zakładają własne korporacje i zwiedzili pół świata.

Ok, może część z nich tak, ale część, zdecydowanie większa, ma tak właściwie mniej niż ja. A mam naprawdę wiele. Zamiast myśleć o tym czego nie mam (czyli o tym co chcę kiedyś mieć), lepiej myśleć o tym co się ma obecnie i działać. Po prostu. Każdego dnia iść do przodu, po swojemu. I to co się robi obecnie, robić najlepiej. Łatwo jest powiedzieć jakiemuś tam coachowi „rzuć wszystko i spełniaj marzenia!”, ale to nie jest takie proste. Czasami potrzeba cierpliwości, której ja cały czas się uczę, zaakceptowania jakiejś sytuacji, nawet jeśli to nie jest jakaś wyśniona sytuacja, nawet tymczasowo, bo czasem właśnie to coś niekomfortowego, jest drogą do osiągnięcia marzeń. Bo marzenia, oczywiście, trzeba mieć.

Ten kto nie ma marzeń musi być bardzo smutnym i nieszczęśliwym człowiekiem, ale nie próbujmy sobie wmówić, co zdarza mi się czasem, że wszystkie marzenia spełnią się jutro. Niektóre tak. Ale na niektóre trzeba sobie ciężko zapracować. I często to ta ciężka praca daje więcej satysfakcji, zwłaszcza, kiedy już się ją wykona, niż samo osiągnięcie celu. Samo myślenie o wymarzonej pracy na kierowniczym stanowisku nic nam nie da, jeśli każdego dnia nie będziemy wykonywać swoich zadań na 100%. Bo spełnione marzenia są (w większości przypadków) nagrodą za ciężką, wytrwałą pracę.

Tu I Teraz

Zamiast myśleć o tym czego chcesz, a czego niestety nie masz, wato rozejrzeć się dookoła. Zauważyć to co się ma, docenić, zmienić podejście i nastawienie. Jasne, gdyby człowiek nie chciał więcej niż ma, to niczego by nie osiągnął. Ale jeśli ciągle chcemy tylko więcej i więcej, i nie doceniamy tego, co udało nam się dostać, osiągnąć, wiecznie będziemy nieszczęśliwi. Zamiast myśleć – trzeba działać. Wtedy nie ma czasu na użalanie się nad sobą, na doła, na smutki. Idzie się do przodu i faktycznie osiąga te cele, spełnia marzenia.

I może zamiast po kolejny poradnik „Jak być sobą” czy „Jak być szczęśliwym człowiekiem?” (bo przecież tylko Ty to wiesz – jak być sobą i co daje Ci szczęście, nie potrzebny Ci jest nawet najpopularaniejszy trener umysłu, żebyś to sobie uświadomił), sięgnij po coś obyczajowego, może jakąś klasykę. Takie książki pobudzają wyobraźnię, a żeby spełniać marzenia, bardzo jej potrzebujemy.

Ja kończę wpis i biorę się za „Życie skrojone na miarę” J. Wiśniewskiego. Przeczytałam kilka stron i… polecam 🙂


??????????????