Wypijasz duszkiem szklankę zimnej, orzeźwiającej coli. Pijesz i pijesz, ale pragnienie nie zostaje ugaszone nawet odrobinę. Trzesz suchym językiem o podniebienie i otwierasz oczy. Kac. A miał być taki ambitny weekend. Sprzątanie mieszkania, jakieś aktywności, nadrabianie zaległości, a przede wszystkim odpoczynek i regeneracja. I co? I nie wyszło.

Wiadomo, że każdy lubi relaksować się na swój sposób. Ale chyba nikt nie zaprzeczy, że imprezowy weekend, bardzo mocno zakrapiany alkoholem, rozpieprza cały tydzień. A przynajmniej kilka dni. W sobotę dobra zabawa, w niedzielę… No właśnie różnie. U jednych odsypianie przez cały dzień, u innych próbowanie zrobienia czegoś pożytecznego. Z różnym skutkiem. U większości jedzenie śmieci, bo jak to na kacu „chce się”. A poza tym sił na normalne gotowanie raczej brak. Poza tym ciągłe uczucie pragnienia, którego nie gasi wypicie kolejnej szklanki wody/soku/coli/czegokolwiek. U niektórych także zabijający ból głowy, a nawet bliskie spotkania z muszlą, ale nie nadmorską. Oczywiście.

Pomijając jednak aspekty fizyczne, czyli to, że czujesz się jak, przepraszam za określenie, gówno, to historia znowu się powtarza. W zeszłą niedzielę obiecałeś sobie, że czas się za siebie wziąć. Zacząć regularnie uprawiać sport, zdrowo jeść, może rozpocząć naukę czegoś nowego, ale jakoś tak się złożyło, że brakło chęci, czasu, pogoda była brzydka albo nie zdążyłeś do sklepu i… się nie opłaca zaczynać. Bo, żeby zacząć potrzebny jest jakiś bodziec, jakiś nowy początek, a że poniedziałek przeminął, to chyba zaczekam do kolejnego… I tym podobne. I tak dalej.

Kiedyś co prawda udało się wytrwać. Czułeś się jak młody bóg. Chciało się wstać, człowiek czuł się zdecydowanie lepiej, miał więcej energii i zapału, no i wizualnie też zaczynało być lepiej. A potem znowu to samo. I niekoniecznie musiała to być impreza czy picie. Bo to może być tylko taką metamorfozą ociężałego, ograniczonego, rozleniwionego umysłu. Że nic ci się nie chce, jakaś taka depresja jakby wewnętrzna, że łatwiej zostać w domu i pooglądać TV, mimo że nie ma tam nic naprawdę interesującego, ale tak jest łatwiej i wygodniej. I znów przekładasz swoje życie na później, na jutro, na następny poniedziałek. Na następne życie. Bo powód, żeby nie zrobić dla siebie czegoś dobrego zawsze się znajdzie. Zjedzenie kolejnego kawałka ciasta, to nie jest coś dobrego dla siebie. Chyba, że przez 6 ostatnich dni ciężko pracowałeś i w ramach nagrody za ciężką pracę go zjesz. Ale Ty wcale ciężko nie pracowałeś. „Przebimbałeś” cały tydzień, ślizgając się po między jednym dniem, a  drugim. Znów nie udało się nic osiągnąć. Znów nie udało się wytrwać w postanowieniu, a tyle było gadania i myślenia, że teraz już będzie inaczej, że teraz się zmuszę i zacznę coś robić. Dla własnego zdrowia, dla lepszego samopoczucia. Bo to przecież tylko o to chodzi tak naprawdę. Jasne, ktoś może chcieć więcej, wymyślić sobie jakiś poważny cel i do niego dążyć. Ale ja nie o tym. Ja tylko o tym, że każdego dnia możemy zrobić dla siebie coś dobrego, a tego nie robimy, bo nam się nie chce.

Jak to absurdalnie brzmi!

Kiedy jesz zdrowo, czujesz się lepiej, korzysta a tym cały organizm, a kiedy przychodzi „cheat meal”, to ta jedzona pizza jest najpyszniejszą rzeczą na świecie. Ale jeśli jesz pizzę codziennie, nie wkładasz żadnego wysiłku w dostanie jej (wysiłku na zasadzie: jeśli wytrwam w treningach 5 dni, to zjem pizzę), tylko po raz kolejny ją sobie zamawiasz, popijasz colą i idziesz spać, to jej smak już Cię nawet nie cieszy. Bo co ma cieszyć, jak jesz to codziennie? Jasne, to nie musi być pizza. To może być to, co codziennie podjadasz, bo nie umiesz się oprzeć. Nie masz silnej woli i nie umiesz sobie odmówić.

Jak coś przychodzi nam łatwo i bez żadnego wysiłku, to nie umiemy tego docenić. 

A na przykład ładne ciało nigdy nie przyjdzie nam bez żadnego wysiłku (pomijam oczywiście operacje plastyczne bądź pojedyncze jednostki, które urodziły się doskonałe. W ich przypadku pod uwagę wystarczy wziąć zdrowie). Prawie każdy chciałby je mieć. Tak wiele osób wręcz marzy o płaskim brzuchu albo chociaż o tym, żeby zmieścić się w mniejsze dżinsy. Dla lepszego samopoczucia, dla zyskania uznania w oczach innych oraz swoich własnych, dla własnego zdrowia. Nadchodzi dzień, moment, chwila i mówimy sobie „muszę zmienić swoje życie na lepsze”. A potem chwila przemija i idziemy na imprezę. Pijemy alkohol. Sięgamy po chipsy. Włączamy TV. Siadamy w fotelu. A przecież sami uważamy, że to zmienione życie byłoby lepsze. Nikt nie mówi: od jutra zaczynam chodzić na siłownię, bo chcę swoje życie zmienić na gorsze. Prawda?

To trochę tak jakbyśmy dostali propozycję dwóch prac – jedna dziadowska, za dziadowskie pieniądze. Zajmujesz się jakimiś bzdetami, odmóżdżasz się, a na koniec dostajesz, pożal się boże, wypłatę, z którą nie wiadomo co zrobić, kupić ubranie czy może jedzenie, śmieszne pieniądze po prostu. A druga praca jest ciekawa, fascynująca, za dobre pieniądze. Może i trzeba się napracować, namyśleć, ale kiedy na koniec miesiąca zaglądasz na własne konto, to widzisz tam całkiem interesującą sumkę, dzięki której możesz całkiem fajnie żyć.

No i jaką pracę wybierasz? Wiadomo? No nie do końca. Bo przecież znowu wygrała impreza i weekend stracony. A można było tyle zrobić!

To co? Nie od jutra, nie od poniedziałku. Od dzisiaj.