Typy osób chodzących na siłownie? Napakowani kolesie, którzy przychodzą się polansować, a w między czasie robią sobie zastrzyki w dupsko. Na pewno nie przeciwbólowe. Wymalowane lalki, przychodzą w podobnym celu jak ci poprzedni. Także po to aby popatrzeć na tych poprzednich. Poza tym sezonowcy lub otyli ludzie, którzy zniechęcają się po 30 minutach na bieżni i więcej razy już na siłowni się ich nie spotka. Co najwyżej w pobliskim McDonaldzie.

NIE! STOP!

To co wyżej, to jeszcze do niedawna bardzo popularne stereotypy. I ok, na bank takich ludzi gdzieś spotkać można. Ale wiecie kogo ja na siłowni widzę? W większości przypadków – nieważne czy to umięśniony, łysy facet, czy wymalowana dziewczyna, czy ktoś o większych rozmiarach czy też ktoś, kogo wszyscy widzą po raz pierwszy – ciężko pracujących, zmęczonych, spoconych ludzi, którzy na siłownie przyszli przede wszystkim po to, żeby osiągnąć swój cel. Cel, czasem niestety tylko jednodniowy, ale zazwyczaj taki na który muszą pracować miesiącami, latami, całe życie. Żeby wyglądać tak jak chcą, żeby czuć się lepiej. Takich ludzi przede wszystkim na siłowni widzę ja.



A ja? U mnie sport całe życie pojawiał się, można to nazwać – fazami. Chodziłam na siłownię, aerobik, basen itp, ale nigdy nie byłam zapalonym sports(wo)menem. Jak miałam cos ważniejszego na głowie, to po prostu odpuszczałam aktywność. Zawsze lubiłam, akceptowałam, nigdy nie kochałam. Nigdy nie byłam otyła, ale tez nigdy nie wyglądałam tak, zeby szaleć z zachwytu nad swoim wyglądem. Albo żeby inni oszaleli  😉 Akceptuję siebie, jestem świadoma swoich zalet i wad, ale wiem też, że mogę wyglądać dużo lepiej. I właściwie zawsze tego chciałam. Tylko brakowało motywacji, chęci. Nie chciało mi się z wielu rzeczy rezygnować. Brakowało także konkretnej drogi, którą mogłabym obrać. Coś tam wiedziałam, coś tam słyszałam, ale zero konkretów. Zdecydowałam zacząć „jeszcze raz” (tysięczny raz), tylko tym razem postanowiłam podejść do sprawy profesjonalniej. Poprosić o pomoc kogoś, kto się na tym zna. Kto powie mi co i jak trzeba robić, żeby coś się zaczęło dziać z moim wyglądem. I samopoczuciem. Jak robić to skutecznie, ale też mądrze, bo zrobić sobie  krzywdę nieodpowiednią dietą czy ćwiczeniami, wcale nie jest tak trudno jakby sie mogło wydawać.



Jestem na samym początku, dlatego nie chcę się rozpisywać, ale jeśli wytrwam – pierwsze trzy miesiące, opiszę na blogu wszystko dokładnie. Jak zmieniłam swoją dietę, swoje treningi, jakie są efekty, moje spostrzeżenia. Może odważę sie na zdjęcie przed i po :O 😉

Dlaczego trzy miesięcy? Bo to przełomowy czas, po którym nasz umysł, organizm przestawia się na nowy tryb. Jeśli przez trzy miesiące robisz coś regularnie, wchodzi ci to w nawyk i robisz tą rzecz automatycznie. Bez zastanawiania sie czy chce się ruszyć tyłek, czy nie jest za zimno, czy dziś samopoczucie jest odpowiednio dobre. Po prostu wstajesz i realizujesz swój – początkowo plan – a później juz rytuał. MAGICZNE TRZY MIESIĄCE 🙂

Jeśli masz obawy przed pójściem na siłownię, bo tyle się nasłuchałeś/aś zlego, bo inni wyglądają tam o niebo lepiej, wszyscy bedą się krzywo patrzeć, nie znasz maszyn, zrobisz z siebie pośmiewisko itp itd, to możesz sobie te wymówki włożyć w buty. Będziesz wyższy/a.

Na siłowni każdy robi swoje i nikt nie ma czasu na analizowanie wyglądu czy sposobu ćwiczeń drugiej osoby. Serio. Jak już, to prędzej usłyszysz dobrą radę od kogoś bardziej doświadczonego niż zobaczysz kpiący uśmieszek. A jeśli ktoś na Ciebie spojrzy  – a masz kompleksy lub musisz zrzucić 15kg, cokolwiek, to tylko z uznaniem, że zostawiłeś/aś wszystko i jesteś tam po to, żeby zrobić ze sobą coś dobrego.

Trzymajcie za mnie kciuki i nie oceniajcie innych na podstawie stereotypów czy tego co gdzieś tam kiedyś usłyszeliście. Ja trzymam za Was kciuki mocno!