Patrzysz na dupeczkę i myślisz sobie „szczupła dziewczyna”. A potem ta szczupła dziewczyna zdejmuje ubranie i okazuje się, że w stroju kąpielowym wcale już tak szczupło nie wygląda. Boczki, tu trochę tłuszczyku, tam.

A więc stoi przed Tobą typowa sylwetka SKINNY FAT, czyli dokładnie taka jak moja.

Nigdy nie byłam otyła. Może w gimnazjum za mocno się zaokrągliłam, ale w moim przypadku było to ewidentne dojrzewanie, ponieważ to nadmierne zaokrąglenie zniknęło właściwie samo. Nigdy też, jako nastolatka czy teraz jako dwudziestokilkulatka, nie byłam specjalnie chuda. Normalna, to chyba najlepsze określenie jakie do mnie pasuje.

I właśnie o to chodzi – nie jestem gruba, ale mam bardzo wysoki poziom tkanki tłuszczowej, czego nie widać w ubraniu, bo doskonale da się to ukryć, a co widać, kiedy tego ubrania na sobie nie mam.

Skąd taka sylwetka? Jeśli ktoś nie jest z natury otyły, nie ma problemów z przemianą materii, ale je sporo śmieciowego jedzenia i mało się rusza (zazwyczaj), to własnie kończy się to sylwetką skinny fat. Borykają się z nią także osoby, które straciły sporo kilogramów w krótkim czasie lub w niezbyt zdrowy sposób.

Skinny fat dotyczy często również osób, które uprawiają sport i to regularnie. A także nie jedzą dużo. Jak to możliwe? Jeśli ktoś wygląda tak jak ja, a więc nie jest absolutnie gruby, ale jego ciało bardzo głęboko ukryło (hehe) swoje mięśnie, to jeżeli postanowi sobie – ZACZYNAM BIEGAĆ albo BĘDĘ CHODZIĆ NA AEROBIK i nic poza tym nie zrobi, a więc w dalszym ciągu na kolację będzie wciągać pół pizzy z podwójnym serem, to owszem, coś tam spali, ale coś tam, to za mało, żeby osiągnąć ładne, zdrowe, silne ciało. Tak samo dieta – jeśli jemy za mało, także nie spalimy tłuszczu, a wręcz przeciwnie. Nasz organizm będzie go odkładał na wszystkie możliwe sposoby, bo wie, że nie dostaje pożywienia regularnie, często dostaje za mało, wiec jak już jest to jedzenie, to trzeba go przechować w postaci tłuszczu na „czarną godzinę”. Niestety mniej nie znaczy lepiej, jakby się mogło niektórym wydawać. Ani więcej nie znaczy lepiej – wszędzie ważny jest balans i równowaga.

Z resztą ten, kto ma choć najmniejsze pojęcia o ćwiczeniach i odżywianiu wie doskonale, że aby ujędrnić swoje ciało należy po pierwsze dość restrykcyjnie przestrzegać diety. A nie, przepraszam. Należy zmienić sposób odżywiania. Bo dieta trwa tydzień, dwa, miesiąc i nawet jak da efekty, to tylko na chwilę. Żeby wyglądać dobrze trzeba po prostu inaczej (czyt.: lepiej, zdrowiej, regularniej) jeść.

Po drugie samo cardio na niewiele się zda przy pracy nad jędrną, silną sylwetką. Jest ono potrzebne, ale jeśli ktoś planuje tylko bieganie, to raczej nie pożegna się z sylwetką skinny fat.

Ja w styczniu zaczęłam jeść 4 posiłki dziennie (ułożone pode mnie), a także 4 razy w tygodniu trenować na siłowni. Jeśli chodzi o cardio – 15 minut interwałów po każdym treningu. Na zdjęciu ja w styczniu i ja w kwietniu. Dodatkowo lepsze samopoczucie.

Processed with VSCO with f2 preset

Processed with VSCO with f2 preset


Nie ukrywam, że w moim przypadku – o ile same ćwiczenia lubię i dość mocno się w nie angażuje, to większy problem mam z jedzeniem, ponieważ, jak to typowe SKINNY FAT, oprócz zdrowego jedzenia, uwielbiam słodycze, zaglądam do McDonalda. Itp., itd. Zimą jest mi o wiele łatwiej trzymać się tzw. „czystej michy”, a więc kiedy przyszła wiosna i lato, trochę sobie pofolgowałam. Uważam też, że nie wolno dać się zwariować, życie jest tak krótkie, że trzeba sobie pozwalać na przyjemności, a jedzenie wg mnie właśnie nią jest. Trzeba także po prostu wyjść ze znajomymi na pizzę i piwo bez myślenia „o nie! ile to ma kalorii????”. Ale mimo to, prawdą niestety jest, że na ładną sylwetkę trzeba pracować długo, ale stracić można ją dość szybko. Dlatego też nie wrzucam zdjęcia z teraz, bo wyglądam nieco gorzej niż na kwietniowym zdjęciu 😉

IMG_4372

;)))

Nie czuję się przez to jakoś szczególnie załamana, po prostu jeszcze lepiej poznałam swoje ciało i na własnej skórze przekonałam się, że skinny fat można się pozbyć, pamiętając o kilku kwestiach. Wiadomo, że nie osiągnęłam „szczytu”, że daleka droga przede mną, ale progres był spory. Wiem też, że mimo mojej ‚leniwczej’ natury, a także mojego wilczego apetytu, da się. Serio się da i nie jest to wcale jakieś nieprzyjemne 🙂

Jak ktoś chce, to może.


p.s. Jeszcze tylko jedno słowo tak na koniec – wróciłam właśnie z nad mojego kochanego, zimnego Bałtyku. Moda na bycie fit trwa, wszyscy latają na siłownię, dieta, liczenie kalorii, setki instaFITprofili, a na plaży co? Grube brzuchy, cellulit, nadwaga. Nie da się ukryć, że o wiele więcej mężczyzn niż kobiet o siebie dba. Umięśnionych chłopaków widziałam co najmniej kilkunastu, fit dziewczyn… z dwie..? Ogólnie, tak czy siak, w porównaniu do ogromnej liczby osób na plaży, wynik nie powala. Zapuszczamy się my Polacy, niestety, takie są fakty. Mimo trwającej mody na bycie fit. I oby przestała ona być modą, a stała się codziennością. Dla naszego zdrowia, przede wszystkim. Bo wygląd wcale nie jest taki ważny jak się niektórym wydaje 🙂