Ile prawdy było w jego słowach? Ile prawdy było w jego pocałunkach składanych na jej szczupłej, długiej szyi? Czy kiedy mówił, że kocha, mówił prawdę? Każdego dnia dzwonił lub pisał. Czasem dwa słowa tylko, ale jak ważne dla niej. Czy dla niego też? Czy zwyczajnie chciał ją nimi zatrzymać na dłużej, może na zawsze?

Teraz patrzyła chłodno na siedzącego na wprost policjanta. Zadawał jej pytania. Pytał o same głupoty. Nawet nie była zestresowana ani przejęta. Co chwilę rzucała obojętne spojrzenia i odburkiwała mu coś na odczepnego. Gdzie była w środę, co tego dnia robiła. Co miała robić? Wstała, wyszła do pracy. Zawróciła, zapomniała wyłączyć lokówkę. Podczas przerwy w pracy jak zawsze zjadła obiad w mlecznym barze, tam zaraz za zakrętem. Nie, nie wie jak się nazywa. Jak to możliwe, że nie? No cóż, może jest mało spostrzegawcza. W drodze do domu zrobiła małe zakupy. A potem wzięła długą, gorącą, pachną waniliowym olejkiem kąpiel. Czekała na Marka. Mówił, że może wpadnie, ale nie przyszedł. Wypiła butelkę czerwonego wina i ze łzami w oczach słuchała jego ulubionej płyty. Znów była druga, znów przegrała z ta idiotką Kaśką… Nie, z nikim się tego wieczora nie widziała, ani z nikim nie rozmawiała.  Nie weszła też na Facebooka ani nie zaglądała do maila. Nie, nie zabiła Kaśki, jeśli o to chcecie zapytać. Choć wiadomość o jej śmierci wywołała w niej wręcz radość i jakiś taki, trudny do opisania spokój. Czy Marek to zrobił? Skąd może wiedzieć, zapytajcie Marka. Nie, nie wie gdzie on teraz jest, choć bardzo by chciała by był obok, jak najbliżej, jak w te nieliczne wieczory, kiedy udało mu się wymknąć sprzed czujnych oczu Kaśki.

Na dworze było szaro i ponuro. Siąpił delikatny deszcz i już po chwili trzęsła się z zimna. Tam, na policji, tez było zimno, a nie zaproponowali jej nawet herbaty. Nic złego nie zrobiła, wcale nie musiała odpowiadać na te ich durne pytania. Weszła do domu wkurzona. Radość spowodowana śmiercią Kaski minęła. Czy to on ją zabił? A może ona sama spadła z tych schodów. Trzeba sobie było większą chatę zbudować! Z wyższymi schodami! Zawsze jej było mało, chciała tylko więcej i więcej, a sama nic od siebie nie chciała dać. A ona chciała tylko marka, żeby był blisko, zawsze obok, także wtedy, kiedy go tak bardzo potrzebuje. I nawet tego nie miała. Zawsze wygrywała ona, ta idiotka, która nic w życiu sama nie osiągnęła, tylko żerowała na dobrym sercu swojego męża, a on ciągle, jak zbity szczeniak wracał do niej i spełniał jej kolejne zachcianki. Nie miał z nią o czym rozmawiać, nie lubili spędzać czasu w ten sam sposób, słuchali innej muzyki. A nie, Kaśka nie słuchała żadnej muzyki, wolała ryk telewizora i wszystkie te gówniane seriale. Ale i tak to ona go miała! Na co dzień i od święta, tupnęła noga i on zaraz przy niej był. Dobrze, że nie żyje, należało jej się jak nikomu innemu. W lodówce stała butelka niedopitego wina. Marek kilka razy wspominał, że wolałby, żeby nie piła, kiedy jest sama, żeby tylko z nim, ale skoro jego nigdy nie ma, kiedy go potrzebuje!

Ciche pukanie do drzwi zmąciło trwająca w mieszkaniu ciszę. Widziała, że to on. Otworzyła drzwi i w jednej sekundzie znalazła się w jego ramionach. Oplatał ją swoimi silnymi dłońmi i wtulał w szyję swoją mokrą od łez twarz. Nic nie mówił i właściwie nie musiał. Była na niego zła, ale jednocześnie spragniona czułości i miłości, której już od kilku dni nie zaznała.

– Musiałam iść na policję, przyjechali tu po mnie.

Głos miał być twardy, jednak z każda sylabą coraz bardziej się łamał. Znów przyciągnął ją do siebie i mocno pocałował. Jego wielka, silna ręka wędrowała pod bluzkę, pod spódnicę, a ona poddawała się temu wszystkiego z taką łatwością. Nie umiała się temu sprzeciwić. Marek był jej największym uzależnieniem. Kiedy leżeli na pomiętej pościeli, a on bawił się jej długimi, zgrabnymi palcami, zaczynała odczuwać spokój. To zupełnie tak, jak wtedy kiedy narkoman w końcu dostanie swój ukochany narkotyk. Ta chwila ukojenia i spokoju. Ta myśl, że teraz już będzie dobrze.

– Muszę się tu ukryć na jakiś czas.

Świadomość posiadania Marka przy sobie przez całą dobę zmąciła jakikolwiek zdrowy rozsądek. Jeśli jeszcze w ogóle go posiadała. Chciała zadzwonić do pracy i wziąć kilka dni urlopu, ale jej nie pozwolił. Musisz żyć normalnie, powiedział.

Co to znacz normalnie? Nie żyła normalnie już od kilku lat. Ciągłe oczekiwanie, depresja przeplatająca się z euforią, chwile radości, rozkoszy, a za chwilę czarna rozpacz i ból wypełniający całe ciało od środka. Czy to znaczy normalnie? Potraciła swoich znajomych, bo nie miała ochoty słuchać tych wszystkich głupot, o których wiecznie gadali. Rozmawiać potrafiła tylko z Markiem, tylko on potrafił jej słuchać, ona tylko jego mogła słuchać szczerze, z zaciekawieniem. W pracy była całkiem niezła, od zawsze była dobra z matematyki, więc jako księgowa spisywała się dobrze. Siedziała w swoich cyferkach i fakturach, i nie musiała zmuszać się do rozmów z innymi. Zawsze mówiła, że ma dużo pracy, co było właściwie prawdą.

Znajomi byli na początku zdziwieni, potem wkurzeni. Następnie zmartwieni, później próbowali ją jakoś wyciągać z domu, aż w końcu się poddali. Nic dziwnego, ile można kogoś prosić i jako wiadomość zwrotną, za każdym słyszeć NIE! Nie mogła wyjść z domu, bo przecież w każdej chwili Marek mógł znaleźć chwilę, żeby móc się z nią spotkać. Dlatego czekała każdego dnia, zawsze w ładnej bieliźnie, pachnąca jego ulubionymi perfumami. Gotowała kolację, w lodówce chłodziło się wino. Zawsze była gotowa. Także w czasie tych tygodnie, kiedy wpaść nie mógł. Marek był bardzo zajętym mężczyzną. Miał własną firmę, no i Kaśkę, która ciągle czegoś wymagała. Miał się rozwieść, oczywiście. Ale najpierw nie był pewna czy to ona traktuje go tak poważnie, jak on ją. Później martwił się, że Kaśka zabierze mu wszystko w czasie rozwodu, bo domyśla się, że kogoś ma.  Później Kaśka trafiła do szpitala. Nie, nie wiadomo na co. Źle się czuła, a lekarze nie umieli jej pomóc. Ale wylizała się jakoś. Później planowali wakacje, to po co psuć sobie humor rozwodem, później miał dla niej więcej czasu, więc czemu ona psuje tą cudowną atmosferę pytaniami o rozwód. Lata mijały, a ona coraz rzadziej pytała. Przyzwyczaiła się. Najważniejsze było to, że kiedy Marek już z nią był, czuła się jak księżniczka. Całował, dotykał, głaskał, przytulał. Przynosił jej ulubione dojrzałe awokado oraz truskawki. Zjawiał się znienacka z bukietem małych, czerwonych różyczek albo z torebką, w której znajdowała się piękna, koronkowa bielizna. Zabierał ją na wspaniałe kolacje i cudowne weekendy. W miejsca, w których nigdy wcześniej nie była. Czasem, podczas tych wyjazdów, skazana była tylko na swoje towarzystwo. Marek miał służbowe spotkania. Ale wieczorami był tylko dla niej i te wieczory były cudowne. Mogła też zwiedzać okolicę, poznawać nowe, piękne zakątki.

Czas z Markiem, to była magia. Nigdy wcześniej nie miała okazji przeżyć tego, co czuła przy nim. Marek był jej ideałem. Przystojny, wysportowany brunet, zawsze stylowo ubrany, pachnący jej ulubionym, korzennym zapachem.

Dlatego nie rozumiała jak on mógł być z Kaśką. Długie zniszczone, cienkie włosy. Nawet te jej doczepy nie pomagały. Duże obwisłe cycki, ciężki makijaż. Co z tego, że nosiła drogie ubrania, skoro totalnie nie miała stylu. Wielkie dekolty, krótkie spódniczki, lakierowane szpilki  i ogromne torebki. Co ona w nich nosiła?

Narzekał, że w łóżku jest słaba, że tylko wymaga, nic nie daje od siebie.

Dlaczego on z nią był? Taki fantastyczny mężczyzna? Ten fantastyczny mężczyzna, przez którego cierpiała na permanentną depresję. Ale teraz będzie tylko z nią. Będzie czekał, kiedy ona będzie wracać z pracy. Będą jeść razem kolację, brać prysznic i oglądać telewizję.

W pracy siedziała jak na szpilkach, co chwile zerkając w stronę zegarka.

– Jula, ty znasz tego typa, co nie?

Na ekranie telewizora wiszącego w ich biurze zobaczyła twarz swojego ukochanego. Poczuła, że robi jej się gorąco, ale nie dala po sobie nic poznać. Była mistrzynią w udawaniu.

– Nie..?
– Wydawało mi się, że kiedyś Was gdzieś razem widziałam, no nieważne. Masakra jakaś! Koleś zadźgał swoją żonę i uciekł. Sześć godzin leżała we własnej krwi, cały czas żyła! Jakaś sąsiadka weszła i ją znalazła, ale niestety, umarła. Co za frajer! Pewnie zdradzał ją na prawo i lewo i nie miał ochoty słuchać gadania marudnej żony. Takich kolesi to za jaja bym powiesiła na żywca!

Już nic więcej nie słyszała. Stukała w klawisze komputera, ale myślami była gdzieś indziej. Nie… Oni na pewno się mylą. No tak, była przesłuchiwana, ukrywała go w swoim domu, ale… „zadźgał swoją żonę i uciekł”… Wyszła z pracy i zamówiła taxówkę, musiała być w domu jak najszybciej. Ubrany tylko w spodnie dresowe mocno ją do siebie przytulił.

– Czy ty..?

Zamknął jej usta pocałunkiem. Płakała i nie mogła się uspokoić. Tulił ją więc do siebie i szeptał coś na uspokojenie.

-Kochanie, musisz mi pomóc. Ja jej nie zabiłem, przysięgam, ale nie mam nic na swoją obronę… Oni tu po mnie przyjdą, a ja nie mam żadnego alibi… Już rozmawiałem z Wojtkiem. Musisz jakoś dotrzeć do niego, ma dla mnie coś ważnego. Wyjadę, sprawa ucichnie, a potem ty przyjedziesz do mnie?
-Jak to wyjeżdżasz??

Ale on już ściągał jej bluzkę, całował szyję i piersi. Tak… Wiedział jak rozmiękczyć jej serce. Kilkanaście minut później znów się ubierała, w pospiechu, bo on cały czas ją ponaglał. Wybiegła z domu i szybko w stronę przystanku.

-Tylko nie jedź taxówką.

Stała na przystanku i poczuła, że łzy spływają jej po policzkach.

Nacisnęła dzwonek i drzwi otworzyła jej otyła kobieta w średnim wieku. Na jej widok znów chciała jej zamknąć, ale nie pozwoliła kobiecie tego zrobić.

-Czego tu chcesz? To wszystko twoja wina!

Kobieta rozpłakała się jak dziecko i poszła do salonu. Jula rozejrzała się po mieszkaniu, na szczęście nie było w nim nikogo więcej.

-On jej nie zabił, wiem to.

-Nie? Nie zabił jej on? To kto to w takim razie zrobił?

Kobieta krzyczała histerycznie nie mogąc powstrzymać łez. Kaśka była jej przyrodnią siostrą, ale znały się od dzieciństwa. Kiedyś pojechała z Markiem nad morze do SPA. Pech chciał, że kiedy namiętnie całowali się w holu, szła tam akurat ONA. Ze swoim nowym chłopakiem. Ale Marek ją wybłagał, żeby nic nie mówiła Kaśce, że ona się załamie.

-Kasia kochała go z całego serca. Każdego wieczora czekała na niego z kolacją, kiedy ktoś wypominał, że ją źle traktuje, ona stawała w jego obronie. Wiesz dlaczego? Bo to była miłość jej życia! A on mimo że ciągle ją zdradzał ciągle przynosił jej kwiaty, mówił jaka jest piękna, zapewniał o swojej miłości. Wiesz ile kim ty dla niego jesteś? Nikim! Powiedziałam Kasi o wszystkim, powiedziałam jej o tym przy nim, a on klęknął i zaczął ją błagać o wybaczenie. Mówił, że się nie liczysz, że poznał cię gdzieś przypadkiem i sama mu się narzucałaś, a on tylko słaby, głupi mężczyzna… Ale pech chciał, że później znów was spotkałam. A za jakiś czas Marek był z inną, była ruda, blondynka, ty…

Ostatnie słowo powiedziała wręcz z pogardą. Jaka ruda? O czym ona mówi?

-Kasia dowiedziała się o was wszystkich. Tak przypadkiem zupełnie. Spakowała się i wyprowadziła, nawet nic mu nie powiedziała. Nie krzyczała, mówiła, że nic od niego nie chce, bo nic nie jest w stanie ukoić tego bólu, żadne pieniądze. Ale musiała wrócić do domu, nie wzięła jakiś dokumentów, myślała, że go nie będzie, miał gdzieś wyjechać.

Mieliśmy jechać do Niemiec…

-Ale on był…

Jula odwróciła się i wyszła z mieszkania. To jakiś żart? Miała w głowie taki mętlik… czy on rzeczywiście był taki jak mówiła ta gruba baba?
Pojechała do Wojtka, odebrała dokumenty i szybko wróciła do domu. Marek był już spakowany. Ogolił włosy. Tulił ją mocno do siebie i prosił o cierpliwość. Tak bardzo chciała go przy sobie zatrzymać, nie chciała, żeby wyjeżdżał, nie chciała się z nim żegnać. Ostatni raz pocałował ją w usta. I wyszedł z mieszkania. Zamknęła drzwi na wszystkie zamki i usiadła w kuchni przy stole. Wyciągnęła z torebki papierosa i odpaliła go nieporadnie, zapalniczka wyleciała jej z rąk. Poczuła jak robi jej się niedobrze. Odblokowała ekran telefonu i wykręciła numer.

-Dzień dobry. Mówi Julia Nowaczyk. Ja dzwonię w sprawie morderstwa Katarzyny Jukowskiej. Jej mąż…

Odłożyła słuchawkę, z lodówki wyciągnęła schłodzone wino. Włożyła je tam wczoraj, żeby dziś mogli się napić po kolacji.