Śledzimy sobie na Facebooku, na Instagramie, w telewizji i w gazetach różnych ludzi. Popularnych ze względu na swój talent, dokonania, umiejętności, inteligencję, wybitność, atrakcyjny wygląd czy innowacyjny pomysł. Patrzymy na nich, podziwiamy, utożsamiamy się, nierzadko sami chcielibyśmy być na ich miejscu, jeszcze częściej zazdrościmy. Myślimy sobie „gdybym tylko był/a na miejscu tej osoby…”. No właśnie. Co wtedy? Czy gdybyśmy znaleźli się na miejscu tej osoby, to czy także zaszlibyśmy tak wysoko, skoro w chwili obecnej stać nas co najwyżej na zachwyt czy, co gorsza, zazdrość?

Sukces jest jedynie wierzchołkiem góry. Zazwyczaj wysokiej, stromej, na którą wejście było mega zajebiście trudne. Z której nie raz ktoś spadał, ale wstawał i zaczynał podejście na nowo. Pewnie tysiąc razy leciały z góry kamienie albo lawiny. Padał deszcz, śnieg, wiał wiatr prosto w oczy. A ta osoba, która teraz tak pięknie się do nas z ekranu komputera uśmiecha, z pewnością wtedy aż tak szeroko się nie uśmiechała, całkiem możliwe, że płakała. Ze złości, żalu, bezsilności. Ale mimo to zakładała buty i wznosiła się wyżej, wyżej, żeby być nade mną, nad Tobą i nad innymi, bo choć szczyt zasłaniały gęste, ciemne chmury, to ta osoba w głowie widziała swój cel i do niego zmierzała.

Ostatnio obejrzałam po raz drugi film „Bogowie”, opowiadający historię najpopularniejszego, polskiego kardiochirurga Zbigniewa Religi. I po raz drugi byłam tym filmem zachwycona. Pomijam mistrzowską grę Tomasza Kota, bo to akurat nie wymaga żadnego komentarza, pan Tomasz powalił mnie na kolana. Ale zachwycam się w tym filmie postacią lekarza. I nieważne jak się ten lekarz nazywa, ważne, że zrobił WSZYSTKO, żeby osiągnąć swój cel. Nie było łatwo. Same przeciwności – ze strony losu, ze strony innych ludzi (przede wszystkim…), a on – mimo że upadał kilka razy i potrzebował wsparcia innych ludzi, tych życzliwych – osiągnął to co sobie postanowił. Był uparty, trudny, ale konsekwentny i miał tysiąc pomysłów na minutę. I nawet jeśli się poddał, to za chwilę wracał na swój szlak z powrotem.

Kiedy sportowiec staje na podium, to tylko on, jego trener i koledzy po fachu wiedzą ile to podium kosztowało go potu, łez, wysiłku, krwi… Ile poświęceń i ciężkiej, katorżniczej pracy. My, stojący z boku, widzimy atrakcyjnego, wysportowanego człowieka z szerokim uśmiechem i czekiem na fajną kwotę w ręku.

Nie zazdrośćmy innym pozycji, sytuacji życiowej, tego, że osiągnęli to czy tamto. Podziwiajmy ich, niech będą naszymi inspiracjami. Ale nigdy nie dowiemy się ile ciężkiej pracy musieli w swój sukces tak naprawdę włożyć i czy my sami, bylibyśmy w stanie unieść to samo co ta WIELKA osoba. A jeśli jesteśmy pewni, że tak, dalibyśmy radę, bo kto jak nie my?! to dalej, do dzieła! Bierz kartkę, zapisz swój cel i do niego biegnij. A jak się nie uda za pierwszym razem, drugim, trzecim. I jak po raz setny się nie powiedzie, to się nie zniechęcaj 🙂 tylko wstawaj i szukaj innych rozwiązań, innych pomysłów. Bo skoro inni tak pięknie się do nas uśmiechają, to my pewnie też możemy się tak uśmiechnąć. Ba! Uśmiechać przez cały czas. Bo szczęśliwy, spełniony człowiek, to zazwyczaj uśmiechnięty człowiek. O ile tylko stać nas będzie na odpowiednio ciężką i wytrwałą pracę.

Na samej górze musi być naprawdę pięknie. Wśród innych Bogów 😉