Jakiś czas temu jechałam autobusem. Razem ze mną jechała, między innymi, pewna starsza pani z balkonikiem. Autobus był stary, ‚wysokopodłogowy’. Chcąc wysiąść na jednym z przystanków, pani zaplątały się nogi i wylądowała na ziemi, trochę przy, trochę pod autobusem. Na szczęście nic poważnego się nie stało, jednak biorąc pod uwagę wiek pani, jej kilkanaście kilogramów nadwagi oraz balkonik, podniesienie się o własnych siłach było niemożliwe. Obok mnie w autobusie stał młody chłopak, mężczyzna w średnim wieku, dziewczyna, myślę, że moja równolatka, kilka innych starszych pań. Kto w pierwszej kolejności postanowił pomóc staruszce? Tak. Inne staruszki. I ja. We trzy zaczęłyśmy podnosić poszkodowaną, ale nie było to łatwe. Cała trójka stała i patrzyła na nas z góry. Kiedy jestem rozemocjonowana, jestem też zazwyczaj szczera i trochę kłótliwa, dlatego zwróciłam się do młodego chłopaka czy mógłby nam łaskawie pomóc, bo ma chyba więcej siły niż my, czy może raczej woli postać i popatrzeć. Trochę go to otrzeźwiło, bo od razu ruszył z pomocą i starszą panią udało się podnieść.

Dziewczyna i facet dalej patrzyli.

Co się dzieje z ludźmi?

Innego, pięknego dnia robiłam zakupy w Biedronce. Jak to w Biedronce, wiadomo, pełno ludzi. Wychodzę, patrzę, leży człowiek. Brudny, śmierdzący, obok opróżniona do ostatniej kropli butelka po jakimś magicznym napoju. Ale człowiek leży i się nie rusza, coś tam majaczy, chce wstać, nie może. Podchodzę, pytam czy pomóc. Prosi o wezwanie pogotowia, mówi, że ma padaczkę. A więc dzwonię, wyjaśniam sytuację, że nie wiem czy chory, czy tak bardzo pijany, ale leży i wstać nie może, być może potrzebna jest pomoc. Na pogotowie czekaliśmy jakieś 15 minut. W między czasie obok przemieściło się pewnie ze sto osób. Może więcej. Bo przystanek, po Biedronka, bo duże osiedle. Dwie osoby do nas podeszły pytając czy trzeba w czymś pomóc. DWIE. Na tą setkę przechodniów.

Pogotowie przyjechało, okazało się, że dałam się nabrać, że to stara zagrywka pana-żula, że ci z pogotowia znają go całkiem nieźle, tylko miejscówkę zmienił, bo wcześniej zawsze pod Netto leżał. Wkurzył mnie trochę, bo może w tym samym czasie ktoś potrzebował pomocy lekarza zdecydowanie bardziej niż on i być może przez niego ta pomoc dojechała zbyt późno, ale to nie o to chodzi. Chodzi o to, że na ziemi leży człowiek i się nie rusza i praktycznie NIKT nie jest tym zainteresowany. Podejście? Aaa… pewnie jakiś pijak. Może i pijak, co z tego? Co za różnica czy pijak, czy pijak-żul czy prezes banku Zachodniego? Człowiek, to człowiek. Ten mnie akurat oszukał, ale nigdy nie wiemy jakie intencje ma ta druga osoba, co się dzieje. Kolejnym razem, w podobnej sytuacji zachowam się dokładnie tak samo, bo może tym razem ktoś faktycznie będzie potrzebował pomocy.

Przykre jest to, że staliśmy tacy nie czuli na cierpienie innych. Ludzi, zwierząt… Widzimy tylko czubek własnego nosa, to nam ma być dobrze, innych oceniamy z góry, krytykujemy, wydaje nam się, że wszystko wiemy najlepiej. Karma wraca, stety, niestety. Może za jakiś czas, to właśnie Ty idąc ulicą potkniesz się, upadniesz i zamroczony będziesz wzywać pomocy, a ktoś przechodząc, pogardliwie spojrzy i pomyśli „jakiś pijak”.

Bądźmy dobrzy, pomagajmy innym, bo to zawsze wraca, w takiej czy innej formie. Poza tym daje mnóstwo satysfakcji i poczucie, że po coś na tym świecie jesteśmy i udało nam się zrobić coś ważnego…

#bądźdobrymczłowiekiem